Muszę przyznać że ja i GPS nigdy
jakoś wybitnie za sobą nie przepadaliśmy. Tym trudniej jest mi dać
mu kolejną szansę i mieć nadzieje że pokieruje mnie bezbłędnie, a
nie tak jak ostatnio wyląduję przez niego w szczerym polu pośrodku
dokładnie niczego. Cierpliwie wstukuję parametry mojej podróży,
biorę głęboki wdech, trzydzieści razy sprawdzam czy zabrałam
wszystko ze sobą i z bojową miną rzucam w stronę nawigacji
- No to prowadź.
Owszem, do Łodzi wszystko zdaję się
iść jak po maśle, lekko irytujący damski głos każe mi raz po
raz skręcić to w prawo, to w lewo, a na rondzie kierować się
trzecim zjazdem. Nawet przez myśl przemyka mi że mogłybyśmy
się z tą nawigacją polubić, kto wie może nawet zaprzyjaźnić?
Ale nic z tych rzeczy! Ta przebiegła lisica zaprzepaszcza wszystko w
momencie, gdy z dumą oznajmia mi że znajduję się 200 metrów od
celu, co jest najzwyklejszym w świecie kłamstwem, bo ogarnia mnie
wszechogarniająca leśna głusza. Nie wydaje mi się że gdzieś
tutaj, a już na pewno nie za 200 metrów, jest miejsce gdzie mam za
chwilę rozpocząć pracę. Jakby tego było mało, słyszę głuchy
huk, po którym mój samochód zaczyna jechać nie do końca tak
jakbym sobie tego życzyła. Zatrzymuję się na poboczu, a
wysiadając moim oczom ukazuje się przebita opona.
- Serio? - bezradnie wznoszę wzrok ku
niebiosom – Dobra Górecka, jesteś samowystarczalną kobietą
dwudziestego pierwszego wieku. Nie po to sufrażystki walczyły o
równouprawnienie, żeby Ciebie dziś pokonała przebita opona -
mówię sama do siebie walecznie. Szybko okrywam się hańba, a
sufrażystki załamują ręce, bo koniec końców przegrywam tę nierówną walkę. Postanawiam do celu dotrzeć pieszo.
Wyciągam swoje rzeczy z bagażnika, a ze schowka zwijam mapę i
proszę Boga żebym cudem tam dotarła. Przecież Ośrodek
Przygotowań Olimpijskich na pewno jest wielki i gdzieś tutaj się chowa. Po prawie godzinnym marszu dostrzegam zarysy
budynków i pierwszy raz dzisiaj lekko się uśmiecham. Wszechświat
jakby wyczulony na mój chwilowy entuzjazm zsyła na mnie deszcz. Ale
nie taki przyjemny wiosenny deszczyk, o nie, gdzie tam! To
jest ściana wody, która w ciągu sekundy nie pozostawia na mnie
suchej nitki.
Kiedy w końcu docieram do celu,
pieszo, cała mokra, naznaczona próbami wymiany koła w samochodzie,
a przede wszystkim mocno spóźniona, w recepcji wita mnie
kilkanaście par oczu wpatrzonych w moją skromną osobę. Ok,
nie zważając na swój opłakany stan, prostuję się i poprawiam
szarą marynarkę gdzieniegdzie umorusaną smarem.
- Witam, jestem Michalina Górecka,
wasz nowy psycholog – uśmiecham się lekko i czekam na jakąś
reakcję.- No nieźle – słyszę niezidentyfikowany głos z tłumu siatkarzy stłoczonych przed moja osobą.
Faktycznie nieźle. Mam na imię Michalina i naprawdę średnio daje sobie radę z własnym życiem, ale za to chętnie pomagam innym, ot taki tam paradoks.
*
No i po Mistrzostwach. Jak żyć?
O MAMO. Ja chcę więcej i długo. Poproszę.
OdpowiedzUsuń